Tour de Siennica
Początek bez historii, udaję się z Bielan na stację Warszawa Powiśle, po drodze focę Plac Piłsudskiego i Nowy Świat.


Pusto jeszcze, bo było przed 9. porządni ludzie o tej porze w niedzielę dopiero wstają z łóżka :)
Ze stacji Powiślę jadę pociągiem do wsi Mrozy i ruszam na malutkie gminobranko, zaliczając owe Mrozy, Latowicz i Siennicę. Co ciekawe droga wcale nie jest płaska, jak to na Mazowszu bywa, czasem trzeba pomęczyć się trochę pod górę. Dodatkowo od Latowicza aż do Kołbieli jadę pod wiatr, ale staram się trzymać tempo powyżej 20 km/h nawet na podjazdach - trochę treningu siłowego nie zaszkodzi :)


Na drugim zdjęciu wieś gminna Siennica, akurat słońce zaszło.
Z Siennicy ruszam na Kołbiel, mijając po drodze prześliczne przystanki autobusowe :)

Ten ciemny punkt obok przystanku to śpiący pijaczek.
W Kołbieli dobijam do trasy, którą TIR-y objeżdżają Warszawę i tak sobie jadę dziarsko z ciężarówkami siedzącymi mi na karku. Potem skręcam na szosę lubelską i toczę się do Otwocka, miejscowy las obstawiony jest przez prostytutki, uśmiecham się do nich, a one odwzajemniają uśmiech. W końcu docieram do Otwocka w ramach "spraw rodzinnych". I trochę tam siedzę. Niestety.
A dalej to już nic ciekawego. Najpierw z Otwocka jadę do Międzylesia, tam łapię SKM-kę i teleportuję się na Powiśle (nie chciało mi się tej trasy pokonywać rowerem - nudna i monotonna), skąd docieram na Bielany mocno naokoło - przez Wolę, Jelonki, Bemowo.
Na koniec dnia robię jeszcze jakieś "kaemy" na Bielanach i zamykam dzień ogólnym bilansem 116 km. Nie jest źle, choć w niedzielę wolałbym dłuższą traskę.
I na koniec mapa mojego nędznego gminobranka: