Motywacja odchodzi i... wraca :)
Środa, 30 listopada 2011
· Komentarze(0)
Natrzaskałem wczoraj 56 km po Warszawie i nie będę tego nawet rozbijał na dzielnice, bo to i tak nudne :) Napiszę więc o motywacji. Otóż wczoraj po moim wyjściu z pracy motywacja do rowerowania mi padła. Pierwszy raz od wielu tygodni. Ziąb - zniosę. Wiatr - zniosę. Ciemności - zniosę. Siąpiący deszcz - zniosę. Tysiące spaliniarzy na ulicach - zniosę. Monotonia wciąż tych samych ulic i brak możliwości wyrwania się z Warszawy - zniosę. Ale żeby tak wszystko na raz, w ramach wielkiej kumulacji? Więc tego nie zniosłem, dotoczyłem się tylko z pracy do domu, na liczniku skromne 32 km. Padł mi system.
A tymczasem... Godzina prac domowych i parę łyków napoju energetycznego zrobiło swoje. System znów odpalił, a ja dziarsko i radośnie natrzaskałem jeszcze 24 km po Bielanach i przy okazji napędziłem niezłego stracha jakiemuś nadpobudliwemu spaliniarzowi, co to trąbił na mnie, bo musiał na 5 sekund zdjąć nogę z gazu, a jak go dogoniłem na najbliższym skrzyżowaniu i przyjacielsko popukałem w szybę, to mu mina nieco zrzedła :)
Jednym słowem brak motywacji okazał się chwilowy i wszystko szybko wróciło na właściwe tory.
A tymczasem... Godzina prac domowych i parę łyków napoju energetycznego zrobiło swoje. System znów odpalił, a ja dziarsko i radośnie natrzaskałem jeszcze 24 km po Bielanach i przy okazji napędziłem niezłego stracha jakiemuś nadpobudliwemu spaliniarzowi, co to trąbił na mnie, bo musiał na 5 sekund zdjąć nogę z gazu, a jak go dogoniłem na najbliższym skrzyżowaniu i przyjacielsko popukałem w szybę, to mu mina nieco zrzedła :)
Jednym słowem brak motywacji okazał się chwilowy i wszystko szybko wróciło na właściwe tory.